RSS
wtorek, 29 listopada 2011
Z okazji 16 dni przeciwko przemocy wobec kobiet napisałem dla feminoteka.pl recenzję książki Consuelo Barrea „Poradnik dla kobiet ofiar przemocy”. Język jest może sztywny i formalny, ale niestety temat nie nadaje się do stosowania ironii.
sobota, 01 października 2011

Każdy kontakt z polskimi mediami jest emocjonujący. W końcu nigdy nie wiesz czym cię dziś zaskoczy kupowana gazeta lub tygodnik. Radio TOK FM pomiędzy reklamami środka na regularność wypróżnień może Cię niespodziewanie zaatakować Adamem Hoffmanem lub Piotrem Semką śmiejącym się z własnych żartów. Można też spotkać Tomasza Terlikowskiego tłumaczącego dlaczego Nergal jest największym zagrożeniem dla polskiego narodu. Otwarcie gazety grozi spotkaniem z Węglarczykiem tłumaczącym, że Breivik został „zainspirowany” przez Al Kaidę. Na pierwszej stronie Wyborczej korespondent z Brukseli potrafi skwitować ruch „indignados” w Hiszpanii twierdząc, że hiszpańska młodzież mimowolnie może wynieść do władzy hiszpańskiego Mussoliniego. Zajrzenie do Rzeczpospolitej wymaga stalowych nerwów i grozi kalectwem.

 

ACH TEN RYNEK

Dziennikarze w walce o udziały rynkowe codziennie przekraczają ustanowione przez siebie rekordy absurdu, ignorancji i głupoty. Zapewne jest to wynik świadomej strategii opartej o badania fokusowe oraz „zaawansowane segmentacje” konsumentów mediów. Najlepsze polskie firmy badawcze muszą w swoich raportach udowadniać, że ludzie czytający prasę są idiotami, którzy są w stanie uwierzyć, że norweski terrorysta skonstruował bombę z nawozów sztucznych wzorując się na znanym „islamskim terroryście” noszącym typowo arabskie nazwisko McVeigh. Oczywiście „przeciętny czytelnik” (coś jakby „elektorat”) nie ma zielonego pojęcia o tym, że przed Al Kaidą terroryzmem się zajmowała ETA, IRA lub inne organizacje chrześcijańskich fundamentalistów.


Paradoks tworzenia współczesnych mediów tworzonych według strategii „przez idiotów z myślą o idiotach” (idiot culture) świetnie wyjaśnił na krótkim przykładzie Pierre Bourdieu (podpowiedź dla dziennikarzy: to nie jest marka francuskich pralinek) w książce „O telewizji. Panowanie dziennikarstwa”. Przedstawia on strategię stosowaną przez dziennikarzy robiących z siebie „rzeczników publiczności”: dziennikarz przerywa ekspertowi lub politykowi w pół zdania tekstem „Przerywam panu, bo nie rozumiem, co Pan chciał przez to powiedzieć”. Bourdieu podsumowuje tą strategię stwierdzeniem: „Nie daje do zrozumienia, że sam jest idiotą, tylko sugeruje, że nie rozumie go typowy widz, który z definicji jest idiotą. Przerywając inteligentny wywód, robi to rzekomo w imieniu imbecyli”.

 

Bourdieu napisał tę książkę w połowie lat dziewięćdziesiątych (w 1996 roku), czyli jeszcze przed inwazją kontentu z portali wraz z tzw. postpolityką sprowadzającą logikę działania partii politycznych do koncernów ds. robienia wody z mózgów telewidzom. Pomimo tego dosyć trafnie zdiagnozował tragiczne skutki tworzenia mediów w oparciu o wskaźniki oglądalności oraz wyniki badań konsumenckich. W ramach tej polityki zarządy koncernów medialnych skupiają się na magicznych wskaźnikach takich jak „klikalność”, „znajomość marki” oraz różnego rodzaju statystycznego mumbo-jumbo, zapominając przy okazji, że ludzie kupują media dla treści, która będzie spełniać ich potrzeby poznawcze. Najbardziej spektakularną klęską wiary w badawcze mumbo-jumbo był poroniony projekt pt „Nowy Dzień”. Spece Agory od marketingu uwierzyli w deklaracje „grupy docelowej”, która twierdziła, że tylko marzy o tabloidzie z optymistyczną treścią. Agora wpakowała górę pieniędzy w reklamę i zatrudniła stado dziennikarzy tylko po to by po trzech miesiącach zamknąć gazetę.

 

DZIENNIKARZ ERY RECYKLINGU

Bourdieu niemiłosiernie się znęca nad samobójczą strategią mediów polegającą na uniformizacji treści i poglądów w pogoni za wyższymi wskaźnikami oglądalności i klikalności. Przy okazji krytykuje sposób myślenia, pracy i etykę zawodową dziennikarzy goniących za ilością cytowań oraz kolejną okazją do wystąpienia w innych mediach w ramach tzw. debat. Okazuje się, że w ten sposób hodowana populacja pracowników wytwarza nowy gatunek człowieka „szybko-myślącego dziennikarza”, który obraca się w świecie zamkniętego obiegu informacji pomiędzy mediami. Zjawisko to jest zresztą fascynujące, bo okazuje się, że można zostać „dziennikarzem” zajmującym się recyklingiem informacji z innych mediów. Nie trzeba czytać nudnych raportów, ekspertyz, projektów ustaw, programów partii politycznych, ani tym bardziej książek z zakresu socjologii. Wystarczy pochłaniać i przetwarzać treści wyprodukowane przez innych dziennikarzy, czyli zrobić sobie prasówkę, przejrzeć kilka portali, rzucić okiem na TVN24 i napisać kilka emocjonalnych, a najlepiej histerycznych, opartych tylko o własne uprzedzenia, zdań o tym co się zobaczyło w innych mediach. Skutki tego „szybko-myślącego” dziennikarstwa są tragiczne dla końcowego efektu ich pracy: „Kiedy każdy patrzy na drugiego, by ubiec resztę, zrobić to przed innymi lub inaczej niż inni, kończy się to robieniem przez wszystkich tego samego”.

 

Konkurs na najlepszy prototyp „dziennikarza ery recyklingu” w polskich mediach wygrał w tym tygodniu Grzegorz Sroczyński. Zażarty bój o palmę pierwszeństwa w wyścigu o wyprodukowanie idealnego dziennikarza ery „fast thinking” wygrał on tekstem o terroryście-samopodpalaczu. Aby lepiej zrozumieć co będą sobą reprezentować dziennikarze ery recyklingu trzeba oddać znowu głos Bourdieu, który charakteryzuje tę nową kategorię dziennikarzy „bardzo poszukiwanych na rynku ze względu na zdolność do naginania się bez skrupułów do oczekiwań najmniej wymagającej publiczności – a więc dziennikarzy najbardziej cynicznych, najbardziej obojętnych na wszelkie wątpliwości etyczne i tym bardziej polityczne – zmierza do narzucenia swoich „wartości”, swoich preferencji, swojego sposobu bycia i mówienia, swojego „ideału człowieczeństwa” wszystkim dziennikarzom”. Czołowym przedstawicielem tej kategorii dziennikarzy w odmianie prawicowo-katolickiej jest Tomasz Terlikowski, z którym zresztą Sroczyński przeprowadził żenujący wywiad będącym jego szczytowym osiągnięciem w polu dziennikarskim. 

 

MĘSKA BUCERA WALCZY Z TERRORYZMEM

Właściwie tekst Sroczyńskiego o samobójcy terroryście był tak beznadziejnie słaby, że musiał interweniować Piotr Pacewicz by uświadomić młodszemu koledze, że zachowuje się jak zwykły wioskowy głupek obnoszący się z wyższością wobec człowieka znajdującego się w sytuacji, w której nikt nie chciałby się znaleźć:

„W każdym akcie samobójczym - poza rozpaczą - jest ostateczne także wołanie o pomoc. Z badań tych, którzy próbę samobójczą przeżyli, wynika, że otoczenie reaguje na ten akt negatywnie. Ogromna większość niedoszłych samobójców stwierdziła, że ich wołanie o pomoc zostało odrzucone lub zignorowane, a co ósmy mówił o "reakcji pogardy". Taki wyższościowy ton - jak w tekście Sroczyńskiego - wydaje mi się okrutny.”

 

Niestety ma rację Pacewicz, gdy pisze o pogardzie „normalnych ludzi” w stosunku do samobójców.  Samobójca jest w świecie męskocentrycznym uosobieniem wszystkich pogardzanych kobiecych cech: poczucia niższości, poczucia winy, nie radzenia sobie z życiem codziennym, słabości, braku zdecydowania, wołania innych o pomoc oraz przede wszystkim „bycia przegranym”.  W świecie męskiej bucery najbardziej gardzi się jednostkami słabszymi: kobietami, biednymi, imigrantami, chorymi psychicznie, bezrobotnymi, dziećmi itd. „Prawdziwy mężczyzna” szanuje tylko jednostki znajdujące się na drabinie społecznej wyżej od siebie, silne, jednostki wobec do których opłaca mu się przymilać by coś konkretnego zyskać (np. wywiad od Terlikowskiego). Męski buc ściśle stosuje się do głównej zasady stosowania przemocy w męskim świecie tzn. „atakuj i poniżaj słabszych od siebie, a wobec silniejszych pokazuj pokorę i podporządkowanie”. Jest to typowa cecha osobowości autorytarnej – podporządkowywanie się silniejszym oraz poniżanie i niszczenie słabszych od siebie w imię uniwersalnych wartości. W całej tej niezbyt wyrafinowanej grze chodzi o podwyższanie swojego statusu i samooceny dzięki poniżaniu słabszych.



Pełnię swojej męskiej autorytarnej bucery wykazał Sroczyński krytykując premiera Tuska (autorytet, samiec alfa trzymający władzę) za straszliwą zbrodnię polegającą na odwiedzeniu samobójcy w szpitalu. Sroczyński z pozycji moralnego autorytetu przemawia:

„Terroryści - niezależnie jakie przesłanki nimi kierują, a bywają przecież te przesłanki szlachetne - są w demokratycznych krajach piętnowani i izolowani.”



Sroczyński oczywiście zapomniał o tym, że „terroryzm” jest ściśle zdefiniowanym w kodeksie karnym ciężkim przestępstwem i podlega procedurom prawa. Osobami podejrzanymi o terroryzm zajmują się policja, służby specjalne, prokuratura i sądy. I to one mają doprowadzić skazania za umyślne przestępstwo. Ten cały bełkot o wykreowanym w umyśle Sroczyńskiego "terroryście" nie służy zresztą niczemu innemu jak tylko poniżeniu i zniszczeniu przeciwnika „ładu demokratycznego” (propaganda marca 1968 wraca w najmniej spodziewanym momencie). 

 

W ZDROWYM CIELE ZDROWY DUCH

Maciej Zaremba w „Higienistach” w bardzo ciekawy sposób pokazał do czego mogą doprowadzić strategie stosowane przez takich autorytarnych buców lub jak kto woli „prawdziwych mężczyzn”. Okazuje się, że do włączenia mechanizmów ludobójstwa wystarczy, aby ktoś posiadający władzę podzielił społeczeństwo na dwie kategorie: „pełnowartościowych obywateli” oraz zagrażących ładowi społecznemu „poślednich”, „chorych”, „upośledzonych” i „niemoralnych”. Prymitywna nagonka i stygmatyzowanie samobójcy, który odważył się dokonać manifestacji politycznej wobec samego Pana Premiera i „zmusić go” metodami „terrorystycznymi” do współczucia, mogłaby być świetnym wstępem do akcji oczyszczania społeczeństwa ze „szkodliwych elementów”.

 

Zaremba przypomina, że to demokratyczny parlament Szwecji - uchwalając ustawę eugeniczną - jednogłośnie uznał, że komisje złożone z lekarzy i higienistów rasy, mają prawo dokonywać sterylizacji „niepełnowartościowych jednostek”. W procederze masowej sterylizacji, którą dokonywano we wspaniałym i demokratycznym państwie szwedzkim, nie chodziło nawet o zbudowanie lepszej „rasy szwedzkiej”. Motywacje psychologiczne eugenistów były wyjątkowo banalne: potrzebowali oni kozłów ofiarnych (w 95% były to kobiety) po to tylko by móc utrzymać hierarchię społeczną i poprawić swoje niezbyt wysokie poczucie własnej wartości. Okaleczanie młodych kobiet, które w dobrej wierze zwracały się do lekarzy o pomoc w czasie ciąży, utwierdzało członków i członkinie komisji eugenicznych w poczuciu moralnej wyższości wobec tych „niemoralnych”, „tępych” i „chorych” jednostek. 

 

MAŁE GRY DROBNYCH GRACZY

Oczywiście nie podejrzewam nieszczęsnego redaktora Sroczyńskiego o chęć budowy „czystego i silnego” społeczeństwa za pomocą takich drastycznych metod jak tortury lub okaleczanie. Cele cynicznych młodych dziennikarzy „ery recyklingu” są dużo bardziej prozaiczne: chodzi im tylko o utrzymanie dotychczasowej pozycji zawodowej (w końcu taki tekst mógłby napisać jakiś anonimowy bloger za połowę kasy), poprawienie własnego samopoczucia kosztem kozła ofiarnego poznanego w trakcie przeglądu prasy (ciekawe czy Sroczyński powiedziałby to samo samobójcy osobiście po jego wyjściu ze szpitala?) oraz osiągnięcie wysokiego wskaźnika cytowań w innych mediach. Wszystkie te cele Sroczyński osiągnął za jednym zamachem. Zresztą publicznie dał znać swojemu samozadowoleniu z dobrze wykonanej misji zadając retoryczne pytanie „Przesadziłem?":

„Jeśli wszyscy są tacy wrażliwi i empatyczni, to ja mogę nie być. Nie chcę żyć w kraju, w którym samospalenie będzie jeszcze jednym barwnym elementem debaty publicznej”